Rozdział
3: Herbaciarnia
Było w nim coś hermetycznego,
o ile można rzec o ludziach iż są hermetyczni. Zazwyczaj mawiamy
„elitarny świat”, „ekskluzywne mieszkanie”, „sztuczny
wizerunek”, „pozerski wóz”, „efekciarskie zachowanie”.
Javier nie był sztuczny i nie silił się też na efekty, daleko mu
było do bycia pozorantem. Pomimo tego wszystkiego jednak efekt
wywoływał, robił wrażenie na kobietach. Zaś zazdrość wzbudzał
u mężczyzn.
Holgado jeśli już pijał coś
poza kawą lub herbatą, to zawsze to był świeżo wyciskany sok lub
musująca woda mineralna, wyłącznie w szklanej butelce. Jeśli już
decydował się na uprawianie jakiegoś sportu, to nigdy nie zakładał
na siebie ubrań różnej marki, gdyż takie mieszanie wyjątkowo
kłuło go w oczy. Nie chodził też w T-shirtach na co dzień.
Krótko mówiąc – daleko mu było do pospolitości.
Siedząc w pokoju hotelowym,
popijał herbatę w białej filiżance. Ubóstwiał jej smak, ale
tylko w tym kraju. W Polsce herbata smakowała mu wyjątkowo i nie
miało dla niego znaczenia czy parzona była z suszonych liści czy
przygotowana wprost z torebki. Javier uważał, że herbata polska,
nawet jeśli miała taką samą nazwę jak ta, którą znalazł na
półce sklepowej w Hiszpanii, i tak była znacznie lepsza. Szczerze
wątpił, by produkowano jakąś specjalną wyłącznie na polski
rynek. Zrzucał więc wszystko na sposób podgrzewania wody.
– Podgrzewanie wody? –
powtórzyła po nim Sara, ale uczyniła to w sposób pytający.
Oczywiście do porozumiewania się z nim używała jego rodzimego
języka.
– W Hiszpanii, podobnie
zresztą jak we Francji, do przygotowywania kawy używa się ekspresu
lub makinetki. Wodę na herbatę podgrzewa się więc w mikrofalówce
– wytłumaczył.
– Cafetera moka? –
zapytała, nie wiedząc jak brzmiałoby polskie tłumaczenie tych
dwóch słów.
Javier na krótki moment
przestał stukać w klawiaturę laptopa. Spojrzał na leżącą na
łóżku kobietę. Uśmiechnął się delikatnie, a później, kiedy
już wsparł głowę na dłoni, a łokieć oparł na szklanym blacie
stołu, jego uśmiech przybrał na wyrazistości i stał się
bardziej radosnym niż uprzejmym.
– Pokażę ci – zaproponował
i wstukał dwa słowa w znaną na całym świecie wyszukiwarkę
internetową. Nie powiększał obrazka, wskazał jedynie na niego
palcem, wcześniej odwracając laptop w stronę Larysy.
– Kawiarka – oznajmiła po
polsku.
– Moka – skrócił w taki
sposób w jaki jemu było wygodnie.
Dopił herbatę i wstając,
zamknął laptopa, wcześniej go nie usypiając ani nie wyłączając.
Jeszcze zanim podszedł, Lara przypomniała, że niezapisanie zmian w
pliku tekstowym, sprawia, że łatwo można stracić część swojej
pracy. Zaczęła opowieść o tym, że ją kiedyś spotkało coś
podobnego i już miała przejść do tłumaczenia jak bardzo ją to
zdenerwowało, gdy Javier niespodziewanie zgiął łokieć i podniósł
dłoń na wysokość klatki piersiowej. Wykonał gest znany
dziewczynie głównie z reklamy twixa i popularnej niegdyś gry
kamień, papier, nożyce. Nie rozumiała co chce jej przez to
przekazać, więc zmarszczyła brew i powtórzyła ten gest po nim.
– Skończ gadkę – objaśnił.
Znajomość słówek,
popularnych hiszpańskich zwrotów i podstawowej gramatyki nijak się
miała do mowy ciała, a tę Hiszpanie mają szczególnie bogatą.
Można nawet rzec, że w niektórych sytuacjach Hiszpanie rozumieją
się bez słów i posługują językiem migowym, co dla Sary było
obce znacznie bardziej niż ich język. Przywykła jednak do Javiera
i jego sposobu bycia. Nie dziwiło ją już, gdy przychodziło im
zjeść wspólny obiad lub drugie śniadanie w miejscu publicznym, że
mężczyzna wzywając kelnera w celu uregulowania rachunku, wcale o
niego nie prosi, a jedynie stuka zgiętym palcem wskazującym jednej
dłoni o środek drugiej. Nigdy jednak nie umiała w pełni
zaakceptować jego bezczelności i wątpiła, że kiedyś będzie
potrafiła się do tego przyzwyczaić. I choć z natury była
gadatliwa, to w tym temacie zachowywała milczenie. Powód był
prosty – to Javier w ich relacji rozdawał karty. On jej płacił,
ona zaś się sprzedawała. Sprzedawała się w jego rozumowaniu. W
swoim handlowała jedynie swoim czasem, ciałem i umiejętnościami.
Nigdy umysłem, duszą, sercem.
Wstała, gdy był już blisko
łóżka. Pomogła mu zdjąć białą koszulę przez głowę, choć
tak naprawdę wcale nie potrzebował przy wykonywaniu tej czynności
pomocy. Lubiła jednak go rozbierać... nie tylko jego, choć w jego
przypadku to rozbieranie miało zupełnie inny wymiar i było raczej
formą przyzwyczajenia, niż obmyślanego wyrachowania. Javier
zazwyczaj zdejmował koszulę przez głowę, a inni, którzy ją
odwiedzali, rozpinali guziki. Kiedy więc ona brała na siebie to
zadanie, mogła rozpinać je wolniej, całować ich podczas tej
czynności, a tym samym pobudzać, szybciej doprowadzać do wzwodu, a
następnie, z niewielką już pomocą ust, wywoływać wytrysk.
Licznik jej cen nie wzrastał co piętnaście minut, nie ceniła
swoich godzin, tylko wykonywane przez siebie czynności.
Jego koszula nie upadła na
podłogę. Przerzucił ją przez oparcie fotela. Jej ubrania już
dawno na nim leżały. Javier nie lubił bałaganu i nie akceptował
tego co ludzie powszechnie określają artystycznym nieładem. Larysa
nieraz już mu wytknęła, że w Baroku to by się nie odnalazł.
Wcześniej nie rozumiał co chciała przez to powiedzieć, ale w
końcu wysilił się na odnalezienie najbardziej podstawowych
informacji o tej epoce. Oczywiście dokonał tego za pomocą
internetu. Wystarczyło, że przeczytał wzmiankę o perle o
nieregularnych brzegach i wszystko pojął w mig. I tyle. Tylko tyle,
bo choć pochodzili z zupełnie innych światów, innych krajów i
kultur, to tak naprawdę niewiele trzeba było, by się zrozumieli.
Starczały same chęci.
Wskazał ruchem głowy i
spojrzeniem na coś co nazywał komodą. Ona prędzej określiłaby
to mianem szafki nocnej, ale skoro kazał jej skończyć gadkę, to
wolała się nie odzywać. Nie podjęła więc dyskusji na temat
nazewnictwa. Zamiast tego wysunęła szufladę i wyjęła z niej
jedyną rzecz jaka się tam znajdowała – przeźroczystą folijkę,
zwaną przez większość samarką, ewentualnie dilerką.
– Metaamfa? Koka? –
dopytywała, trzymając folijkę w dwóch palcach, wskazującym i
środkowym. Znacząco nią potrząsała.
– Stestuj – rzucił wyzwanie
po polsku, czym niebywale ją zaskoczył.
Najpierw spuściła wzrok i
wyraźnie się zawahała, po chwili jednak spojrzała na niego pewnie
i odparła:
– Sorry, doceniam
chęci. Rozumiem, że chcesz się zabawić i wyluzować, ale ja nie
ćpam.
– Dlaczego? – zapytał,
ponownie używając języka polskiego. Tym razem jednak jej nie
zaskoczył. Tym razem ją przeraził.
– Mówisz po polsku? –
zapytała i nieco obawiała się odpowiedzi twierdzącej, choć sama
nie rozumiała co w tym byłoby negatywnego. Dreszcz zimna jednak
obiegł jej całe ciało. Javier milczał, a strach z każdą minutą
nabierał na sile.
– Ocupeńkę – odpowiedział
ze specyficznym akcentem. Zaśmiał się i wyrwał samarkę z jej
dłoni. Rzucił nią na stół. Sunęła po szklanym blacie aż nie
natrafiła na przeszkodę w postaci komputera. – Nie bierzesz, ale
posypać możesz – oznajmił po hiszpańsku.
Zmieszała się. Jej ruchy i
gesty stały się inne niż te jakie znał. Niedbale i nerwowo
wzruszyła ramionami, i to nie dlatego że prośba Javiera była
dziwna. Ją zmartwiło to, że znał język, którego wcześniej
nigdy w jej towarzystwie nie używał, nawet w miejscach publicznych,
w których mogłoby mu to znacznie ułatwić komunikację.
Podeszła do stołu i wysypała
odrobinę proszku. Chwilę zastanawiała się czym ułożyć ścieżkę,
ale szybko poratował ją własnym dowodem. To była kolejna rzecz,
którą rzucił w taki sposób, że sunęła po szklanym blacie.
– Wcześniej nie mówiłeś po
polsku – zagadnęła w swoim języku, ale szybko pojęła, że
Javier rozumie tylko niektóre z wypowiedzianych przez nią słów.
Przetłumaczyła więc swoją wypowiedź, bawiąc się przy tym w
układanie białego proszku w długą, ale wąską linię.
– Matka mojego syna była
polką, to byłoby dziwne, gdybym nie umiał powiedzieć po jej ani
słowa.
– Była matką czy była
twoja, czy... – zamilkła, gdy Javier ponownie wykonał gest znany
jej z reklamy twixa.
Zaczynał ją wkurzać. Nie
dość, że miał dziwne wymagania, to jeszcze, co chciała o coś
zapytać lub pociągnąć jakiś temat, kazał jej milczeć. Z tych
dziwnych wymagań oczekiwał przede wszystkim tego, by nie ubierała
niczego kiedy przebywali razem w pokoju hotelowym lub w jej
mieszkaniu. Rozumiała to w chwili, gdy uprawiali seks, ale nie gdy
jedli razem jakiś posiłek lub gdy on bardziej niż nią zajęty był
komputerem. Oczywiście on obie te czynności – jedzenie i pracę
przy laptopie – wykonywał w pełnym ubraniu.
– Nie wyglądasz na narkomana
– powiedziała w chwili, gdy pochylał się nad ścieżką
amfetaminy.
– Ty też nie wyglądasz na
kurwę – odciął się. Wciągnął bez pomocy banknotu zwiniętego
w rurkę, co skutecznie wyróżniło go w oczach Larysy od znanej jej
narkotyzującej się młodzieży.
***
Javier miał rację – Sara na
co dzień nie wyglądała jak kobieta zajmująca się prostytucją,
choć daleko było jej do przeciętności. Stroiła się nietypowo,
bardzo charakterystycznie, choć jej makijaż i ubiór nie
odzwierciedlał jednego stylu. Lubiła zmiany, więc zdarzało jej
się być raperką w czapce z daszkiem i krokiem spodni w kolanach, a
innymi razy jazzową panną, która ukrywała długie włosy pod
czarnym kapeluszem, a spodnie miała na szelkach, co nijak pasowało
do białej podkoszulki na ramiączkach.
Sara nie potrafiła też
tańczyć, nad czym ubolewał jej przyjaciel ze szkoły dla
dorosłych. Przemek chciał się czasami gdzieś wyrwać i pobawić
nocami inaczej niż pijąc w barze, zajadając przy tym niezdrowe,
fastfoodowe żarcie. Z Sarą w towarzystwie jednak nie mógł liczyć
na nic więcej, bo kluby omijała szerokim łukiem. Podobnie jak
narkotyki, choć te nie przez brak umiejętności. Ćpać umiała.
Nieraz to, jakby powiedział Javier, stestowała.
Siedziała w pierwszej ławce od
biurka i choć zazwyczaj oddawała wszystkie prace na czas, a
większość nawet przed czasem, to tym razem dowiadywała się co
zaległego musi jeszcze pozaliczać. Ten semestr nie należał do jej
udanych, a ostatni rok nie był dla niej łaskawy. I choć większość
czynności koniecznych wykonywała na pół gwizdka i z wyjątkową,
nawet jak na nią, niechęcią, to matką pozostawała na cały etat.
Co prawda Iwan uczęszczał do żłobka, ale gdyby miała możliwości
utrzymać siebie i syna jedynie z macierzyńskiego, to w życiu by
się na to nie zdecydowała. Musiała jednak płacić rachunki, w tym
także raty, które pozostawiła po sobie matka, a do tego mieć
pieniądze na opiekunkę, bo w weekendy żłobki nie funkcjonowały,
a ona pragnęła w końcu ukończyć liceum. W jej mieście te dla
dorosłych były tylko wieczorowe, bądź weekendowe.
Zajęta była przepisywaniem
tematów, które nauczycielka miała przygotowane i wydrukowane na
kartce z myślą właśnie o takich jak ona – spóźnionych ze
wszystkim. Pomimo tego zajęcia wejrzała w kierunku otwierających
się drzwi. Zdziwiła się, gdy zobaczyła tam swojego sąsiada.
Przez moment ich spojrzenia się spotkały. Ona spuściła wzrok.
– Szymon Serafin – rzucił
do nauczycielki, a później pokazał odznakę. Powiedział też
spóźnione „dzień dobry”.
Piotrek poszedł jego śladem,
ale ten się nawet nie przywitał w żaden sposób. Nie wyjął też
odznaki. Jedynie zakomunikował jak się nazywa i poinformował:
– Jesteśmy tu w sprawie
jednej z uczennic. Słuchaczek – poprawił szybko, mając
świadomość, że spóźnionych licealistów właśnie tak nazywa
się na zjazdach. W liceach dla dorosłych nie odbywały się lekcje,
a jedynie konsultacje.
Starsza i grubsza kobieta, która
wykładała wiedzę o społeczeństwie i historię, wstała zza
biurka i zmartwiona zaczęła dopytywać o kogo chodzi oraz co się
konkretnie stało.
Szymon i Piotr nie chcieli
niczego mówić przy całej grupie. Jeden z nich wskazał więc
dłonią na drzwi. Wyszli całą trójką. Wróciła sama
nauczycielka.
– Panie Przemku, panowie
chcieliby z tobą porozmawiać – powiedziała.
– Ze mną? – zdziwił się.
– Tak.
Przemek rzucił w kierunku Sary
spojrzenie pełne niewiedzy.
– Idź, idź. Później mi
wszystko opowiesz – zachęcała tak ochoczo, jakby była spragniona
wrażeń. W rzeczywistości jej życie było ich pełne i choć od
lat starała się unikać kłopotów, to odnosiła wrażenie, jakby
te ją ścigały, doganiały, wyprzedzały... nieustannie były
gdzieś obok.
***
Przemek sprawiał wrażenie
otwartego na świat i ludzi. Nikomu nie wydawał się być
zdystansowanym czy zamkniętym w sobie. Obecność obcych w pobliżu
jednak go krępowała i to nawet podczas wykonywania takich czynności
jak robienie zakupów. I choć miał już dwadzieścia dwa lata, to
dopiero od niedawna podjął się rozpoczęcia pierwszej w życiu
pracy. Nieśmiałość utrudniała mu nawet rozniesienie CV po
zakładach, a co dopiero rozmowę kwalifikacyjną.
– Pracowałeś z naszą ofiarą
– powiedział wprost Piotrek.
– Z kim? – zmartwił się i
zaciekawił.
– Klaudia Frankiewicz.
– Mieliście z sobą dużo
zmian, ponoć byliście blisko – dopowiedział Szymon.
– Przyjaźniliśmy się –
szepnął Przemek, wbijając zszokowany wzrok w podłogę.
– A nie czasami
„przyjaźnicie”? – zapytał bezczelnie Piotrek, akcentując
ostatnie słowo. – Nie powiedział, że ona nie żyje. Nie
powiedziałeś, prawda? – Spojrzał na Szymka.
Serafin pokręcił głową, a
Przemek poczuł się zagrożony, zupełnie tak, jakby mu coś
zarzucano.
– Użyłem przeszłego czasu
przeszłego, bo... – zaczął się denerwować, jąkać. W końcu
zaniemówił i najpierw zebrał myśli, a później je wypowiedział
jednym tchem: – Ostatnio nie miała na nic czasu.
– Nawet na pracę? W pracy
chyba się widywaliście. – Przetarł zmęczone oczy i doszedł do
wniosku, że Anna miała rację i minionej nocy powinien wcześniej
zaprzestać picia i oddalić się od niej do swojego mieszkania w
celu porządnego wyspania się.
– Nie tak jak kiedyś.
– Co przez to rozumiesz? –
zapytał rzeczowo Szymon.
– Wcześniej brała dużo
nocek, nadgodzin. W ostatnich miesiącach oddawała zmiany,
zamieniała się.
– Unikała cię? –
dopytywał.
– Unikała pracy. Nie chciała
jej kończyć całkiem, bo nie wiedziała jak długo będzie miała
inną, ale to na tamtej zależało jej bardziej.
– Miała drugą pracę? –
zdziwił się Piotrek.
– Nieoficjalnie tak.
– Czym się zajmowała? –
Choć był policjantem, to tak naprawdę polskie prawo w większości
miał w poważaniu. Osobiście był zdania, że praca na czarno wielu
opłaca się znacznie bardziej, niż ta legalna. Uważał, że na
emeryturę nie ma co w tym kraju liczyć, a podatki w jego mniemaniu
były zbyt wygórowane.
– Tłumaczyła coś, chyba
jakieś pisma.
– Tłumaczyła z hiszpańskiego
– oznajmił w kierunku Szymona Piotr i nie ukrywał przy tym
wyższości. Ciągle był zły na partnera, że nie chciał wraz z
nim wystąpić z prośbą do szefa o pozwolenie na dogłębniejsze
sprawdzenie Javiera Holgado.
– Skąd pan wie? – zdziwił
się Przemek.
– Praktykowałem u wróżbity
Macieja. Widziałeś tego gościa, dla którego tłumaczyła?
Przemo potwierdził ruchem
głowy.
– Jak wyglądał?
– Nie pamiętam.
– Ale go widziałeś?
– Tak – odparł tak cicho,
że niemal niemo. Rozbieganym wzrokiem zdawał się wręcz studiować
podłogę.
– Kolor włosów, oczów? –
dopytywał Szymek.
– Opalony lekko był. To na
pewno, bo zazdrościłem mu, że tak dobrze mu w białym.
– O! – zawołał
niespodziewanie i niezwykle energicznie Piotrek. – To już mamy z
sobą, kolego, coś wspólnego. Tak między nami, to tego samego mu
wczoraj zazdrościłem.
Szymon spojrzał na Piotra w
sposób, jakby chciał mu powiedzieć „nie masz pewności, czy to
ten sam facet”.
– Mam swoją intuicję –
odpowiedział na niemy komunikat Piotrek.
– Możesz coś więcej o nim
powiedzieć? Na przykład jakim samochodem jeździł? – Szymon
wrócił do rozmowy z przyjacielem ofiary.
– Wynajętym – odpowiedział
za nieoficjalnie przesłuchiwanego Piotr.
– Jak Boga kocham, za moment
ci trzasnę – zagroził.
– No to mi nie trzaśniesz –
stwierdził, nie kryjąc radości.
– Picasso – odezwał się
niespodziewanie Przemysław. – Citroen Picasso. Srebrny. Identyczny
jak mojej ciotki.
– Pamiętasz coś jeszcze?
Rozpoznałbyś go, gdybyś go zobaczył? Może znasz imię?
– Nie, nie mówiła. Chyba
nie. Nie wiem... widziałem go dwa razy na oczy. Może bym poznał.
– Wrócimy ze zdjęciem –
zakomunikował Szymon.
– Albo od razu pojedziemy do
Javiera – zaproponował Piotr.
– Nie będę nachodził obcego
faceta. Zapytamy najpierw barmana...
– A bo barman i kolega tu
obecny, stojący przed nami, to twoi przyjaciele są – zironizował,
zwycięsko się przy tym uśmiechając.
Szymon podziękował Przemkowi
za rozmowę, a Piotra chwycił za kurtkę i szarpnął. Oddalili się
nieco w kierunku wyjścia i dopiero wtedy powiedział:
– Stary nie da nam tłumacza,
a nie chcę się ośmieszać. Musimy mieć pewność, jeśli...
– Hiszpański nie jest trudny
– stwierdził wesolutko Piotr. – Tam ciągle de kiero, portoriko
i sokorro, jeśli „Zbuntowany anioł” mówił prawdę.
Szymon zazgrzytał zębami.
Piotrek się zaśmiał.
– Poprośmy twoją sąsiadkę.
Mówi do dzieciaka w tylu językach, że ten też pewnie zna. Co ją
mijam na klatce, to w innym języku do tego dziecka napierdala.
– Nie będziemy...
– Daj spokój. Nic się nie
stało, że ją bzyknąłeś.
– Nie bzyknąłem jej –
zarzekał się całkiem na poważnie Szymon.
– To żaden wstyd płacić za
seks. To ponoć nawet fajne jest, choć jam nigdy samodzielnie tego
nie próbował, bo wiesz... żony nie mamy, dzieci nie mam, dyskrecji
nie potrzebujem, a na powodzenie nie narzekam, więc...
– Skończ trajkotać –
warknął przez zęby Szymon. – Jak mówię, że z nią nie spałem,
to nie spałem.
– Jak mogłeś spędzić noc u
takiej laski i jej nie przelecieć?
– Spędziłem noc u jej matki
i... skąd ty w ogóle wiesz, że spędziłem tam noc?
Piotrek teatralnie rozłożył
ręce i wzruszył przy tym ramionami.
– Jak już mówiłem naszemu
nowemu koledze, praktykowałem u wróżbity Macieja.
– Pierdol się – syknął
Szymek, wychodząc z budynku, w którym mieściła się szkoła dla
dorosłych.
– Robiłem to tej nocy, a tak
często to nie można, bo wiesz... jeszcze się przemęczy Wacio i
szybciej na emeryturkę przejdzie. Tego bym nie zniósł –
odpowiedział, otwierając drzwi samochodu od strony pasażera.
– Myślisz czasami o czymś
innym niż seks? – Szymon wcisnął kluczyk do stacyjki i po
przekręceniu go, wrzucił wsteczny bieg.
– O jedzeniu – odpowiedział
Piotrek po dłuższej chwili milczenia. – Właśnie zgłodniałem.
To już pora obiadu, tato?
– Przypomniałeś mi o Lenie.
– O tym, by ją nakarmić?
– Nie, o tym, że zostawiłem
ją samą i nie mogę się z tobą szlajać po barach.
– Ma cztery lata – wspomniał
Piotrek.
– Jest sobota, przedszkola są
nieczynne.
– Czynne czy nie, to nadal ma
cztery lata.
– Ojca nie chciałem prosić o
pomoc.
– I nadal ma cztery lata –
upierał się przy swoim Piotrek.
– I co, kurwa, z tego? –
Nerwowo zahamował i spojrzał na kolegę.
– Może jej na świat nie
zapraszałeś, ale skoro już na nim jest, to głupio by chyba było
jakby z niego odeszła przez jakieś skręcenie karku czy odkręcony
gaz, nie?
– Ma cztery lata, jest
świadoma, że bym się wkurwił, gdyby...
– Gdyby tak jednak nie, to
nawet przylać byś nie miał komu – stwierdził ponuro Piotrek i
wyjął zapałki z kieszeni. Odpalił jedną z nich bardziej z nudów
niż dla podkreślenia swojej przemowy o odkręconym gazie.
– Wróć do poprzedniego
tematu. Wolałem już jak mówiłeś o pierdoleniu.
– No dobra. – Piotrek nagle
się rozochocił. – Dobra była? – zapytał.
Szymon ruszył, w końcu
wyjeżdżając z parkingu, ale zaraz znowu przyszło mu stanąć z
powodu czerwonego światła.
– No dobra była czy nie? –
dopytywał Piotr wielce zniecierpliwiony.
– O co ci chodzi?
– No powiedz czy warta jest
tej stówy czy dwóch? Stówy czy dwóch?
– Stu pięćdziesięciu dla
nowych klientów. Sprawdzałem kiedyś jej profil na Roxie.
– A sprawdzałeś, bo...? –
zdziwił się Piotrek, gdyż cały czas rozmowę z Szymonem uważał
za niepoważną i w pełni żartobliwą.
– Bo mniej od ciebie piję i
stać mnie na przyjemności.
Piotr teatralnie posmutniał.
– Farciarz – rzucił, udając
wielce przygnębionego i sięgnął do kieszeni po wibrujący telefon
komórkowy. – To od nas – poinformował Szymona i szybko odebrał.
Zdawałoby się, że równie szybko też zakończył rozmowę. –
Ktoś dzwonił w naszej sprawie, chyba ten co go przed chwilą
delikatnie maglowaliśmy. Swoją drogą za delikatnie, bo chłopak
też jest dziwny, więc mogliśmy tak...
– Do rzeczy! – wrzasnął
Szymon.
– Poznali się w herbaciarni –
odpowiedział szybko.
– Co?
– Hiszpan i nasza WN w
herbaciarni.
WN było skrótem od
Wielka-Tajemnica. Obaj tak nazywali Klaudię Frankiewicz.